mały krytyk i wielka zmiana czyli jak krem naprawił moją skórę
— Jakie dziury? — zdziwiłam się.
— No… tu. W policzku. I tu — odpowiedział, wskazując paluszkiem moje rozszerzone pory.
Wtedy dopiero dotarło do mnie, jak bardzo je zaniedbałam. Przez lata traktowałam je jak część krajobrazu twarzy, trochę jak pieprzyki, trochę jak zmarszczki. Po prostu są. Ale dzieci widzą inaczej, prosto, bezpośrednio, bez filtrów. Zaczęłam szukać czegoś, co nie tylko „zakryje”, ale naprawdę zadziała. Trafiłam na krem-ampułkę Niacynamid Therapy. Opinie były entuzjastyczne a skład obiecujący. Niacynamid, pantenol, ceramidy. I ta jedwabista konsystencja, która wchłania się szybciej niż poranna kawa. Już po pierwszym użyciu wiedziałam, że to coś innego. Krem nie zostawia tłustej warstwy, więc świetnie współgrał z makijażem. Skóra momentalnie poczuła ulgę i zniknęło uczucie ściągnięcia a pojawiło się ukojenie. Jakby krem mówił: „Spokojnie, już jestem”. Po kilku dniach zauważyłam, że pory się zwężają, zaskórniki znikają, a koloryt skóry zaczyna się nieco wyrównywać. Po tygodniu skóra była wyraźnie bardziej nawilżona, promienna i… szczęśliwa. Ja też. Nie musiałam już sięgać po kryjący podkład, wystarczyło lekkie muśnięcie pudrem. A najlepsze?
— Mamo, już nie masz dziur! Twoja buzia się naprawiła! — oznajmił mój syn z dumą, jakby to on ją leczył.
Nie wiem, czy można lepiej podsumować działanie kremu. Niacynamid Therapy nie zrobił rewolucji. Zrobił coś lepszego on przywrócił mi komfort w mojej własnej skórze. A to, w dzisiejszym świecie, jest naprawdę bezcenne.

























